czwartek, 17 maja 2012

Serum z ekstraktem truskawkowym

Po tym ciut długim wstępie teoretycznym, zapraszam na część praktyczną, czyli moje przygody z ekstraktem :D

Próba pierwsza... i kolejne :)

Zaraz po tym, jak otrzymałam paczuszkę z półproduktami, postanowiłam ukręcić sobie pierwsze, najprostsze z możliwych serum. Naczytałam się o tych wspaniałych właściwościach nawilżających i w ogóle, że chciałam przetestować działanie... oczekując cudu [no bo jak, z taaaakim opisem :P???].

Dlatego szybciutko przystąpiłam do mieszania, a wyglądało to tak...
Do bazy wodnej dodałam maksymalne, sugerowane stężenie ekstraktu, czyli 10%.
Jako promotora przejścia użyłam glikolu propylenowego, też go wciapnęłam od serca, tak z 15%. Składnik ten jest również humektantem, zapobiega utracie wody ze skóry, zatem spełnił w tym serum dodatkową funkcję. Wszystko umieściłam w buteleczce po serum Farmony z funkcjonalnym dozownikiem, aby dobrze aplikowało mi się kolejne porcje serum.
Chwila mieszania i ... gotowe :)



Kosmetyk ma postać płynu w kolorze czerwonym-truskawkowym i delikatnie pachnie tymi owocami. Jest to lekko mętna zawiesina, wg opisu ekstrakt rozprasza się w wodzie. Leciutka jak tonik, ale o wysokim stężeniu aktywnego składnika :)

A jak działa?
[WERSJA I] Pierwsze wrażenia, szczerze mówiąc, miałam bardzo mieszane. Lekka konsystencja bardzo mi odpowiadała, skóra zaraz po użyciu serum wydawała się nawilżona i taka gładziutka... ale... woda trochę napinająco działała na naskórek, a efekt nawilżenia szybko mijał. Po pewnym czasie skóra robiła się taka matowa, jakby "pudrowa". Efekt matowienia nawet mi odpowiadał, mam skłonność do błyszczenia, zwłaszcza w strefie T, a mat utrzymywał się długo, lecz cóż z tego, skoro serum nie spełniło pokładanych w nim nadziei. W dodatku po pewnym czasie używania [brnęłam w to, aby wynik był miarodajny a opinia jak najbardziej pełna] zauważyłam, że stan mojej skory się pogorszył i trochę ją zapchało :/

Ale się nie poddałam.
[WERSJA II] Kolejnym krokiem był tuning pierwotnej wersji koktajlu truskawkowego :). W ruch poszły dodatki takie jak NMF[3%] i kwas hialuronowy [5%], zmniejszyłam stężenie glikolu propylenowego do 6% i truskawki do 8%.
Efekt?
Na pewno dużo lepsze nawilżenie. Mikstura była trochę lepka podczas wysychania, to pewnie efekt zastosowania kwasu hialuronowego. Zaobserwowałam również efekt napinający czy wręcz liftingujący :P, który zanika po pewnym czasie od nałożenia serum.

Jednakże nadal miałam jakiś niedosyt, a z uwagi na fakt, że wciąż musiałam walczyć z niedoskonałościami, które pojawiły się po eksperymencie z pierwotną wersją serum, [WERSJA III] postanowiłam dodać olejek z drzewa herbacianego, który ma silne właściwości antyseptyczne, bakteriobójcze.
Powstała dwufazówka z białą fazą na górze, a po zmieszaniu faz serum nabrało lekko mlecznego odcienia [taka wersja znajduje się na foto]. Zapach truskawek został stłumiony charakterystyczną wonią olejku.

Działanie serum jednak niewiele się zmieniło, a dobroczynne działanie olejku eterycznego też jakoś trudno było odczuć. Po użyciu tej mieszanki skóra rano była matowa i napięta, w dotyku taka papierowa. Z jednej strony zniknął problem nadprodukcji sebum, ale z drugiej... to chyba było niezbyt dobre rozwiązanie.

Postanowiłam więc sięgnąć po bron ostateczną.
C.D.N.

1 komentarz:

  1. Chyba wypryszczyło Cię po glikolu propylenowym :)

    OdpowiedzUsuń